Zastanawiam się, ile jeszcze jest w stanie znieść mój dwudziestokilkuletni, nie mało już zszargany, układ nerwowy; ile strachu - strachu nie wiadomo przed czym, strachu głupiego, nieuzasadnionego , acz tak realnego, paraliżującego całe ciało, obezwładniającego, krępującego kończyny i, co gorsza, umysł... strachu niepozwalającego o sobie zapomnieć nawet na minutę, nie pozwalającego odetchnąć, odpocząć od siebie, zaznać choć przez chwilę uczucia błogiego spokoju... strachu, który przychodzi nagle, zupełnie nieoczekiwanie, zarówno w biały dzień, jak i w ciemną noc.
Strachu. I tego, co odbierają moje niewinne niczemu, stworzone po to przecież, by słyszeć, uszy - tych wszystkich, wywołujących potoki zimnego potu na plecach, jeżące włosy na rękach, odgłosów; o wiele głośniejszych niż zwykle, przerażających, choć w innych okolicznościach byłyby tylko zwykłym trzaśnięciem drzwi poruszonych przeciągiem czy też najnormalniejszym w świecie bulgotaniem wody w łazienkowych rurach...
Strachu i tego, co rejestrują przez te mrożące krew w żyłach chwile paniki, rozbiegane, wielkie i szkliste oczy; coś... nie wiem, co to takiego, ale widzę to kątem oka! Zawsze jest ciemne, bezkształtne i w swojej nijakości niesamowicie straszne.
Szybko, tak nagle, że aż strzyka mi w szyi, odwracam głowę - pusto. Nic, tudzież nikogo, nie ma... To tylko moja wyobraźnia.
To tylko pierdolnięta JA i moje własne paranoje.
Przeciąg. Firanka powiewa nieznacznie. Przecież to takie normalne!
Tylko dlaczego nie potrafię zmusić się, by wstać i zamknąć okno?
Dlaczego tak kurewsko boję się tej powiewającej nad parapetem kolorowej szmaty?
Dlaczego...
Przecież i tak nikt tego tutaj, kurwa nie rozumie...
Strachu. I tego, co odbierają moje niewinne niczemu, stworzone po to przecież, by słyszeć, uszy - tych wszystkich, wywołujących potoki zimnego potu na plecach, jeżące włosy na rękach, odgłosów; o wiele głośniejszych niż zwykle, przerażających, choć w innych okolicznościach byłyby tylko zwykłym trzaśnięciem drzwi poruszonych przeciągiem czy też najnormalniejszym w świecie bulgotaniem wody w łazienkowych rurach...
Strachu i tego, co rejestrują przez te mrożące krew w żyłach chwile paniki, rozbiegane, wielkie i szkliste oczy; coś... nie wiem, co to takiego, ale widzę to kątem oka! Zawsze jest ciemne, bezkształtne i w swojej nijakości niesamowicie straszne.
Szybko, tak nagle, że aż strzyka mi w szyi, odwracam głowę - pusto. Nic, tudzież nikogo, nie ma... To tylko moja wyobraźnia.
To tylko pierdolnięta JA i moje własne paranoje.
Przeciąg. Firanka powiewa nieznacznie. Przecież to takie normalne!
Tylko dlaczego nie potrafię zmusić się, by wstać i zamknąć okno?
Dlaczego tak kurewsko boję się tej powiewającej nad parapetem kolorowej szmaty?
Dlaczego...
Przecież i tak nikt tego tutaj, kurwa nie rozumie...
Tagi:
...
03.05.2012 o godz. 20:12
komentuj (0)
Nie chodziło mi o niego. Nigdy.
Nawet o nie nie chodziło, acz o tę pierdoloną samotność. Nie chciałam być sama. Nie chciałam zasypiać sama, budzić się sama, sama jeść obiady i sama po nich sprzątać.
Dlatego z nim byłam.
Nadal z nim mieszkam. Ale czy jesteśmy razem?
Kiedy wstaję rano do pracy, jego już nie ma.
Kiedy wracam z pracy, jego jeszcze nie ma.
Kiedy kładę się spać, wraca. Zwykle pijany, tudzież lekko przyjarany; zależy od dnia.
- Jak minął dzień?
- W porządku. A tobie?
- Ujdzie w tłoku.
- To fajnie. Dobranoc.
- Dobranoc.
- Wrócę późno, nie czekaj na mnie dzisiaj.
- A gdzie się wybierasz?
- Z kumplami tu i tam.
- Aha.
- Znowu zeżarłeś mi tabletki.
- Oj, tylko dwie. Chyba nie będziemy się kłócić o takie pierdoły?
- Nie zapłaciłem za telefon. Zabrakło mi kasy.
- To co ty zrobiłeś z cała wypłatą?
- No, jeszcze będziemy się, kurwa, wyliczać z każdej złotówki!
Nasze rozmowy... Krótkie, zdawkowe... Nijakie.
>> RAZEM, A JEDNAK OSOBNO <<
Tagi:
...
Nie wierzę w przeznaczenie.
A Ty?
Moim zdaniem wiara wymyślił je jakiś nieudacznik, który nie chcąc nic zmieniać w swoim pierdolonym życiu, stwierdzi: "Widocznie tak było mi pisane".
Podobnie nie wierzę w slogan >> PIENIĄDZE SZCZĘŚCIA NIE DAJĄ << ; wymyślili to bogaci chciwcy, żeby biednym nie było przykro.
... znowu... znowu... jebane przeczucie, że za chwilę coś się wydarzy... nienawidzę tego... nie potrafię sobie z tym poradzić... leki - nie brałam dzisiaj leków... kurwa, one i tak mi nie pomagają... tyle lat faszerowania się psychotropami bez większych efektów... gdzie te tabletki... zabiję go... zajebię tego ćpuna; znowu mi je podkrada... ja pierdolę, czemu nie mogę umrzeć ? ! ! ! ...
Spojrzałam w swoją zapijaczoną tego ranka twarz.
Nie, nie mogę tak się pokazać w pracy.
Podkrążone oczy po kolejnej nie przespanej nocce, ślady lekkiego kaca, ssanie w żołądku, do którego poprzedniego dnia nie trafiło nic, prócz alkoholu...
Zaczęło mnie zamulać.
Zbyt dawno nie jarałam...
Nie można tak dużo na raz po dłuższej przerwie.
Tagi:
...
Drżenie rąk... i to dziwne ssanie w dole brzucha.
To przeczucie, że zaraz coś się wydarzy - coś złego, coś, czemu nie potrafię zapobiec.
Dlaczego wszystkie dźwięki są takie głośne i wyraźne?
...jestem przewrażliwiona... muszę... muszę się uspokoić... gdzieś tu były te pierdolone tabletki... o, są... kurwa, coś mało ich... to ten jebany ćpun - podbiera mi leki... strasznie gorzka... łyk piwa; psychotropy trzeba popijać dużą ilością płynu - może niekoniecznie piwa, ale to akurat mam pod ręką... zapalam papierosa... zaraz, zaraz mi przejdzie ; zaraz minie ; zaraz będzie lepiej... oby nadeszło to kurewskie "zaraz"...
Wczoraj mój kot popełnił samobójstwo. Tak myślę.
Ostatnio zniknął. Uciekł z domu, skurwialec.
Znalazłam go po dwóch dniach 200 metrów od podwórka. Nie umiał, biedny, trafić z powrotem.
Akurat!
Wczoraj usłyszałam tylko: "Sprzątnij sobie kota z asfaltu".
Cóż za pech - moją ulicą samochód przejeżdża raz na dwie godziny (uroki zadupia). I akurat po moim kocie.
Jak nic, popełnił samobójstwo. Nawet takie małe bydlątko miało mnie już dość.
Był śliczny - krzyżówka zwykłego dachowca i rasowego kota birmańskiego.
Cudo.
Mój cukiereczek kochany.
Spał ze mną w łóżku, jadał z mojego talerza i srał - chyba złośliwie - za moją szafą.
...nie mija... nie mija... nie mija... zaraz... zaraz... zaraz... zaraz... ale nie mija i tak... pierdolone zaraz... dopijam piwo... zapalam kolejnego papierosa... zaraz... jeszcze chwilkę... chwileczkę...
Kiedyś miałam też pieska.
Ślicznego ojszczypłota wielkości cielaka; przybłędę o bliżej niezidentyfikowanej rasie.
Nikt obcy nie miał prawa wejść na moje podwórko - taki z mojego piesia był agresor, że każdemu bez mrugnięcia okiem odgryzłby jaja.
No, i pewnego pięknego dnia odgryzł; tyle, że nie jaja, a po kawałku wszystkiego jakiemuś wścibskiemu babsku, które zignorowało tabliczkę "Dobry pies: gryzie" przywieszoną na furtce i bez zaproszenia wpierdoliło się na moją posesję.
Przywitał ją mój pieseczek.
Potem musiałam go uśpić... Chociaż nie była to jego, kurwa, wina - pies ma pilnować chałupy; zrobił, co do niego należało.
...chyba umieram... ale to też z a r a z ...
Tagi:
...


